Członkowie

Obserwatorzy

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Radość z drobiazgów które kochamy

Jak ja nie lubię świątecznego marazmu. Tego siedzenia i czekania kiedy będzie zmiana wystroju stołu, kiedy skończy się film, który widziało się już naście raz i kiedy w końcu dzień dobiegnie końca. Pogoda co prawda dopisała w tym roku i zarówno w niedzielę jak i dziś byliśmy na długim spacerze. Tomek pojeździł na rowerku, pochodziliśmy trochę po pięknie zalesionym miejscu nad jeziorem kierskim, a wczoraj byliśmy na poznańskiej Cytadeli. Dla Tomka oczywiście największą atrakcją były czołgi, samoloty i inne wojskowe pojazdy w Muzeum Uzbrojenia. Samo muzeum było zamknięte, ale pojazdy na zewnątrz można było pooglądać stojąc po drugiej stronie płotu. Popołudniu, kiedy pogoda się popsuła i zaczęło padać, siedzieliśmy w domu... i właśnie to mnie tak zdołowało.  
Od lat wciągnięta w wir codziennego życia, nie mam czasu na odpoczynek, na zastanawianie się "co by tu zrobić". Zawsze chciałabym zrobić za dużo, mając na to wszystko za mało czasu. Jedyną moją odskocznią jest ostatnio decoupage, ale kiedyś żyłam trochę bardziej dynamicznie.
Tańczyłam i to naprawdę kochałam, słuchałam muzyki, z radia, z kaset, a później z płyt CD. Spotykałam się ze znajomymi i niemal co weekend w zespole robiliśmy sobie jakąś imprezę. Taniec to było to co powodowało, że miałam jeszcze więcej siły i energii. Wykańczające próby i treningi dawały moc... Później taniec zastąpiłam aerobikiem. Ćwiczyłam 6 dni w tygodniu od 40 do 90 min. Dzień bez treningu powodował u mnie wyrzuty sumienia... a później zaczęły się problemy zdrowotne, które mnie spowolniły i w ostateczności posadziły na kanapie. Pojawienie się Tomka dało też inne priorytety, obowiązki i inny tryb życia.
 
Ale obiecałam sobie, że koniec z siedzeniem w domu, że teraz znowu mogę pomyśleć o sobie, poszukać utraconej energii i siły. Wczoraj wieczorem, kiedy Tomek spał, a mąż z mamą oglądał TV ja ładowałam swoje baterie oglądając na You Tube fragmenty koncertów Michaela Flatleya. Genialne!!! Tak niesamowite, że aż mnie nosiło. Rok temu byłam, na koncercie Lord of the Dance i choć był porywający, to wyszłam z niego lekko rozczarowana. Sama nie wiem czym bardziej: tym, że nie tańczył już sam Michael, czy tym, że nie wpadłam na pomysł, że on ma już 55lat i ma prawo nie tańczyć na koncertach. W końcu jest najlepiej zarabiającym tancerzem. 
Ale w dobie internetu i You Tube`a mogę oglądać, oglądać, oglądać...
Podzielę się z Wami tym cudem, finałową sceną z koncertu Lord of the Dance
 
 
Życzę Wam wiele siły i energii, radości odnalezionej w tym co kochacie, co Was uskrzydla co daje siłę na kolejne godziny, dni, tygodnie...
 
Pozdrawiam serdecznie, dziękuję, że mnie odwiedzacie, bardzo mnie to cieszy, a każdy pozostawiony komentarz jest dla mnie jak prezent podarowany przez Gościa.
 
Miłego dnia
Mirella

1 komentarz:

  1. my tez nie lubimy siedzieć za stołem dlatego dziś też wybraliśmy się na długi spacer:)))
    na Cytadele mam ok 30 km ...szkoda ze się nie spotkaliśmy :)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze. Jest mi szalenie miło, kiedy zostawiacie ślad po sobie. Wasze uwagi motywują mnie zawsze do dalszej pracy :o)